Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Seryjni - Blog o serialach Seryjni - Blog o serialach Seryjni - Blog o serialach

11.02.2015
środa

Niedola Saula, czyli o najbardziej wyczekiwanym serialu tej zimy

11 lutego 2015, środa,

Na premierę „Better Call Saul” – przełożonego genialnie przez fanów jako „Jak niedola to do Saula” – czekali przede wszystkim miłośnicy „Breaking Bad”. Nowy serial Vince’a Gilligana i Petera Goulda jest spin-offem tego słusznie uznawanego za jedno z najświetniejszych dokonań telewizji wszech czasów. Wystrzałowy finał „BB” miał miejsce dwa lata temu, a szemrany prawnik Saul Goodman był jednym z nielicznych, którzy go przeżyli. Teraz powraca jako główny bohater.

Wraca i zmienia tożsamości jak rękawiczki. Zgodnie z zapowiedzią twórców, że „Better Call Saul” będzie zarówno sequelem, jak i prequelem „Breaking Bad”, śledzimy losy bohatera w czasach, gdy jeszcze nie wiedział o istnieniu takich gości jak Walter White i Jesse Pinkman, i po wydarzeniach z finału serialu.

W scenie początkowej, będącej niejako uwerturą do serialu (także dlatego, że odbywa się bez słów i równie ważna, co zachowanie głównego bohatera jest idąca w podkładzie piosenka), Saul ma na imię Gene i ukrywa się w Omaha w Nebrasce, pracując w cukierni. Nosi wąsy, wielkie okulary i łysieje. Wieczory spędza popijając i oglądając kasety VHS ze swoimi starymi, cudownie żenującymi reklamami telewizyjnymi.

W kolejnych scenach cofamy się do 2002 r., kadry wypełniają znajome obrazki z Albuquerque w Nowym Meksyku (w drugim odcinku zobaczymy także emblemat „BB” – pustynię z idealnie błękitnym niebem), a Saul nazywa się tym razem James McGill i jest trochę śmiesznym, bardziej żałosnym, ledwie wiążącym koniec z końcem prowincjonalnym prawnikiem. Dość powiedzieć, że jego biuro znajduje się na zapleczu azjatyckiego salonu kosmetycznego.

W pilotowym odcinku „Better Call Saul” Gilligan i Gould powtórzyli manewr z pilota „Breaking Bad”, pokazując kolejne stadia upadku głównego bohatera: poniewieranego, upokarzanego, zaliczającego dno tylko po to, żeby zaraz usłyszeć pukanie od spodu. Walt White odpłacił światu, bo miał inteligencję, wiedzę chemiczną i pragnienie zemsty. Supermoc Jimmy’ego McGilla polega na tym, że ma gadane, talent aktorski i nigdy, ale to nigdy się nie poddaje.

Postawiony w sytuacji bez wyjścia, uruchamia zdolności oratorskie, zagrywa się jak aktorzyna z prowincjonalnego teatru, potrafi być jednocześnie śmieszny, żałosny, zdesperowany i przebiegły.

Spin-off „BB” był reklamowany jako komedia o prawniku, który zrobi wszystko, żeby nie musieć stanąć przed sądem. Pierwsze dwa odcinki dowodzą, że jeśli mówić o komedii, to w typie tych gorzkich. Bob Odenkirk, genialny odtwórca głównej roli, obliczył, że jego nowy serial jest w 85 proc. dramatem, a w 15 proc. komedią. Trudno mówić o wybuchach śmiechu, to raczej humor płynący z autokompromitacji bohatera, z absurdalnego nagromadzenia życiowych nieszczęść i równie absurdalnych prób wyjścia z matni. Tylko po to, by wpaść w kolejne tarapaty.

Chrzest bojowy zapewni Jimmy’emu znany z „BB” psychopatyczny gangster meksykańskiego pochodzenia Tuco Salamanca, którego pozna w kompletnie odjechanych okolicznościach. Wcześniej na ekranie pojawi się Mike Ehrmantraut (Jonathan Banks), w „BB” prawa ręka Saula, tu na razie poważny i nieugięty w respektowaniu liczby naklejek na karcie parkingowej stróż sądowego parkingu. Głównie bohaterowie „BB” mają się ponoć w spin-ofiie pojawić, ale na pewno nie w pierwszym sezonie.

„Better Call Saul” ma wszystkie cechy, za które tak ceniliśmy „BB”: fantastycznie napisane postacie, nawet te, które pojawiają się na moment (jak właścicielka salonu kosmetycznego czy prawniczka, z którą Jimmy pali papierosa). I malownicze plenery. Są gangsterskie klimaty, a w drugim odcinku akcja nabiera tempa.

Pilot rozkręca się powoli, tak jak w „BB”, które miało tę cechę, że swoimi wolnymi początkami odstraszało wielu widzów. Kto jednak został, nigdy nie żałował. Tu może być podobnie. W czym zasługa zarówno scenarzystów, jak i świetnego Boba Odenkirka, specjalisty od ról ekscentryków o wyglądzie tła. Niedawno był świetny jako naiwny, dobrotliwy i leniwy szeryf w serialowym „Fargo”. Teraz ponownie błyszczy w roli Saula Goodmana/Jamesa McGilla/Gene’a. I już w pierwszych odcinkach tworzy wielowymiarową postać, nie brakuje nawet nuty lirycznej – miłości do chorego brata.

Premierę obejrzało rekordowe dla kablówek 6,7 mln widzów, AMC już zapowiedziało drugi sezon.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php