Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Seryjni - Blog o serialach Seryjni - Blog o serialach Seryjni - Blog o serialach

15.01.2018
poniedziałek

„The End of the F***ing World” – bardzo niestandardowa historia miłosna

15 stycznia 2018, poniedziałek,

Będący ekranizacją komiksu Charlesa Forsmana serial to wyjątkowo pozytywne zaskoczenie – świetny w formie, doskonale zagrany i inny pod niemalże każdym względem.

Inność zaczyna się od pary głównych bohaterów i ich pokręconej relacji. Siedemnastoletni James uważa siebie za psychopatę, nie jest zdolny do odczuwania, a jego pasją jest zabijanie zwierząt, które to hobby chce rozwijać – przyszedł czas na zamordowanie czegoś większego.

„Kandydatką” jest koleżanka ze szkoły, Alyssa, buntowniczka, która we własnym domu jest niechciana przez ojczyma i ignorowana przez matkę, w szkole zaś odstaje jako ta niezapatrzona w ekran telefonu i niepodążająca za popularnymi trendami. Alyssę ciągnie do Jamesa, również outsidera, James natomiast uznaje, że udawanie związku z nią to idealny sposób na zwabienie jej w pułapkę i zabicie. I tak to się zaczyna.

Osiem odcinków pierwszego sezonu to szalona podróż z Jamesem i Alyssą, zarówno ta dosłowna, bo dzieciaki kradną samochód ojca chłopaka i uciekają z domu, jak i metaforyczna – pod swoim wzajemnym wpływem i z powodu tego, co im się przytrafia, zmieniają się i dojrzewają. Przy czym nic nie idzie prostymi ścieżkami opowieści o miłości czy nastolatkach, choć w sumie „The End…” historią miłosną o nastolatkach jest – sęk w tym, że jest i czymś więcej, w pierwszej kolejności świetną, zaskakującą czarną komedią.

Świetny jest wcielający się w psychopatę Jamesa Alex Lawther, jeszcze lepsza grająca Alyssę Jessica Barden, doskonale oddająca zarówno dziewczęcą, jak i buntowniczą stronę swojej bohaterki. Jeszcze lepsza w tym serialu jest natomiast forma: doskonały montaż, fabuła złożona z puzzli, które łączą się w różny sposób, bardzo ciekawa praca kamery, oferująca zaskakujące i piękne ujęcia, a wreszcie budująca klimat muzyka, będąca bohaterem „The End…” na równi z parą nastolatków.Istotne jest też to, że każdy odcinek trwa mniej więcej dwadzieścia minut – są to skondensowane fabuły, podane w idealnych dawkach. „The End…” to jedna z tych produkcji, którą widz chce oglądać bez przerw między odcinkami, binge’ować – tak bardzo wciąga ta historia.

Ten serial jest inny pod niemalże każdym względem, i jest dla komedii o nastolatkach tym, czym szalony i wspaniały „Legion” dla seriali komiksowych – przykładem, że można inaczej, że wychodzenie poza schematy jest dobre, a unikalność to wartość, której widzowie szukają.Bo już teraz „The End of the F***ing World” – ta kameralna, realizowana bez gwiazd produkcja – jest najgłośniejszą premierą serialową początku roku i ma pełen potencjał, by zyskać miano kultowości. Mimo wad, jak choćby wytracenie tempa pod koniec sezonu, pozostaje to jedna z najciekawszych produkcji telewizyjnych ostatnich lat.

W Polsce „The End of the F***ing World” można obejrzeć na Netflixie.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php