Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Seryjni - Blog o serialach Seryjni - Blog o serialach Seryjni - Blog o serialach

30.12.2017
sobota

Najlepsze seriale 2017 roku – według Marcina Zwierzchowskiego

30 grudnia 2017, sobota,

Rok 2017 to kolejne dwanaście miesięcy złotej ery seriali. Co oznacza mniej więcej tyle, że wartych uwagi produkcji jest tak dużo, iż po prostu nie sposób oglądać wszystkiego.

Dlatego podsumowanie roku musi być podsumowaniem osobistym, typującym niekoniecznie to, co było jakkolwiek obiektywnie najlepsze. Bo na tej liście zabraknie choćby „Opowieści podręcznej” czy „Fargo”. Ale to lista ze skrzywieniem bardziej fantastycznym, thrillerowym, akcyjnym.

10. Stranger Things, sezon 2.

Nie sposób stwierdzić, że bracia Dufferowie w kontynuacji produkcji Netfliksa spełnili oczekiwania widzów – te były tak wysokie, że wszystko poniżej poziomu arcydzieła musiało rozczarować. I rozczarowało. Ale patrząc na drugi sezon nie przez pryzmat „jedynki”, trzeba oddać temu serialowi sprawiedliwość i powiedzieć, że to wciąż bardzo dobra produkcja, ze świetnymi bohaterami, humorem i akcją.

Oczywiście, wiele ciepłych uczuć względem tej serii to echa sympatii do pierwszego sezonu – ale to zrozumiałe, w końcu to te same dzieciaki, to samo miasto, ta sama Eleven.

9. Amerykańscy bogowie

Starz zrobiło to, czego nie potrafiło HBO (a może jednak się rozmyśliło), ekranizując najbardziej znaną powieść Neila Gaimana. Dosyć wiernie, bo też sam autor współpracował z twórcami adaptacji. Tam, gdzie scenarzyści pozwalali sobie na większą swobodę, jak choćby w wątkach żony Cienia czy Szalonego Sweeneya, trzeba ich pochwalić za to, że tylko wzbogacili tę opowieść i te postaci, czyniąc je nawet ciekawszymi i pełniejszymi niż powieściowe pierwowzory. Bo taki jest tu chyba klucz: u Gaimana prawie zawsze towarzyszyliśmy Cieniowi, inni zaś na niego wpadali. W serialu mamy wiele punktów widzenia i Cień nie jest już tak osamotniony w roli protagonisty.

Mimo że „Amerykańscy bogowie” zaliczają kilka wpadek, zawsze w momentach gdy krwawo-kiczowata estetyka Starz zaczyna się uwidaczniać, pierwszy sezon z odcinka na odcinek zyskuje. No i Ian McShane jako Wednesday jest wspaniały.

8. The Orville

W roku premiery nowego serialu z uniwersum „Star Treka” lepszym „startrekowym” serialem okazuje się produkcja Setha McFarlane’a, który w „The Orville” tworzy świetną mieszankę absurdalnego humoru ze space operowymi kliszami, ale i powagą. Sama obsada nazywa to dramedy, czyli amalgamat dramatu i komedii.

To chyba najlepszy serial roku w kategorii „przyjemna rozrywka”, czyli taki, który ogląda się nie dla wspaniałego aktorstwa czy rozbudowanej fabuły, ale dla relaksu, odrobiny śmiechu i sporej dawki zaskoczeń, ponieważ McFarlane naprawdę wykorzystuje kosmiczną scenerię i rozgrywa najbardziej cudaczne z fabuł.

7. Humans, sezon 2.

Alternatywa dla popularniejszego „Westworld” – w tym rozumieniu, że choć porusza podobny temat, oferuje inne na niego spojrzenie. Bo produkcja HBO jest efektowna i krwawa, tymczasem „Humans” skupiają się na kameralności i o Sztucznej Inteligencji opowiadają z perspektywy jej wpływu na naszą codzienność. Widzieliśmy to już w sezonie pierwszym, w drugim to powraca, chociaż i trochę rośnie – bo nieuniknione jest wejście w większe tematy, większe konflikty, więcej akcji.

„Humans” trzymają jednak poziom i pod wieloma względami w samym podejściu do SI są serialem lepszym niż „Westorld”.

6. Gra o tron, sezon 7.

Najpopularniejszy serial naszych czasów powrócił w przedostatnim sezonie. Sezonie krótkim, bo ledwie siedmioodcinkowym, ale efektownym i satysfakcjonującym, jeżeli chodzi rozwój fabuły (co przecież we wcześniejszych sezonach potrafiło kuleć) – tu w każdym odcinku działo się bardzo, bardzo wiele, ani na nudę, ani na wizualną stronę produkcji narzekać nie sposób.

Trudno też „Grę o tron” oceniać w kontekście pojedynczych sezonów, bo to po prostu znowu ci sami bohaterowie, te same lokacje, te same konflikty, pchane tylko do przodu siłą tego, co wydarzyło się wcześniej. My zaś możemy już tylko wyczekiwać kolejnych odcinków i śledzić losy Siedmiu Królestw, bo przecież nie da się nie włączyć kolejnego odcinka, gdy tylko jest dostępny.

„Gra o tron” to narkotyk. Sezon siódmy był kolejną jego dawką.

5. Wikingowie, sezon 5.

Trudno nie być pod wrażeniem, że po czterech sezonach z uwielbianymi postaciami, w tym ze wspaniałym Ragnarem (Travis Fimmel), serial robi radykalny zwrot, skupiając się na nowym pokoleniu bohaterów, a widz nie tylko nie odczuwa straty, ale cieszy się z odmiany.

„Wikingowie” to arcydzieło na poziomie realizacyjnym, bo wizualnie wyglądają chyba lepiej niż „Gra o tron”, fabularnie natomiast opowieść o synach Ragnara doskonale otwiera nowe wątki, a Ivar bez kości zastępuje w naszych sercach swojego słynnego ojca.

4. Czarne lustro, sezon 4.

Charlie Brooker i Annabel Jones dali najbardziej różnorodny z dotychczasowych sezonów „Czarnego lustra”. Choć z drugiej strony wciąż bardzo w duchu serialu – w tym względzie, że na przykład odcinek „Arkangel” to właśnie bardzo „blackmirrorowe” podejście do tematu ochrony dzieci/inwigilacji. Czy więc pojawia się element powtarzalności i przewidywalności niektórych tropów? Owszem. Nawet w pozornie niezwykle zaskakującym „U.S.S. Callister”, czyli odcinku odwołującym się do „Star Treka” i momentami slapstickowo komediowym, koniec końców dochodzimy do tematów, które „Czarne lustro” już poruszało.

Brooker i Jones wydają się jednak tego wszystkiego świadomi i nawet w tej powtarzalności starają się nas zaskakiwać, czy to przez dobory różnych estetyk, czy to fabularnie. I w sumie trudno narzekać, że „Czarne lustro” jest jak „Czarne lustro”.

To wciąż bodajże najlepszy serial SF naszych czasów.

3. Mindhunter

David Fincher zrobił serial w stylu… Davida Fnichera. I w „Mindhunter” jest wszystko to, co zaskarbiło mu sympatię widzów: duszna atmosfera, świetnie skrojeni bohaterowie, fascynująco-przerażające historie, a przede wszystkim hipnotyczne, powolne tempo. Bo produkcja Netfliksa może i traktuje o seryjnych mordercach, ale to nie serial akcji, to też nie festiwal scen gore – to studium psychologiczne skrzywionych umysłów i opowieść o ludziach, którzy próbowali zrozumieć psychopatów.

Wspaniale zagrany i wyreżyserowany thriller.

2. Samuraj Jack, sezon 5.

Najmroczniejszym serialem mijającego roku była animacja. Najbardziej efektownym wizualnie serialem mijającego roku była animacja. Najlepszym serialowym powrotem roku 2017 była animacja. „Samuraj Jack” spełnił więc pokładane w nim nadzieje, a raczej w piątym sezonie wręcz je przebił.

Wspaniale opowiedziana historia zmęczonego i złamanego wojownika to uczta dla zmysłów, doskonale wykorzystująca zarówno warstwę wizualną, jak i dźwiękową medium, minimalistyczna tam, gdzie trzeba, i rozbuchana w scenach, które mają nas olśnić.

Trzeci odcinek tego sezonu to jedne z najlepszych ekranowych minut tego roku.

1. Legion

Bezapelacyjnie najlepszy serial tego roku i jedna z odważniejszych produkcji w historii telewizji. Oto Fox wziął uniwersum X-Men, a więc superbohaterów znanych z komiksów i serii filmów z Hugh Jackmanem jako Wolverinem, i skupił się na mutancie ze zdolnościami parapsychicznymi. Więcej: ten serial wchodzi do głowy tej osoby, osoby oszalałej z powodu swoich mocy.

Nie będzie żadną przesadą stwierdzenie, że „Legion” zaskakuje na każdym polu, a sceny takie jak przejście w niemy film to wspaniałe szoki dla widzów, których w pierwszym sezonie nie brakuje. Wybitne aktorstwo (Aubrey Plaza!) łączy się tu ze świetnymi efektami, doskonałym wykorzystaniem muzyki, a przede wszystkim pokręconą fabułą, wyraźnie skrojoną pod widza, który oczekuje intelektualnego wyzwania.

„Legion” to serial wybitny. I najoryginalniejsza rzecz, jaką możecie zobaczyć na małym ekranie.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php