Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Seryjni - Blog o serialach Seryjni - Blog o serialach Seryjni - Blog o serialach

27.08.2018
poniedziałek

„Rozczarowani” nieco rozczarowują

27 sierpnia 2018, poniedziałek,

Netflix, systematycznie rozszerzający listę wybitnych twórców, których zatrudnia do kolejnych projektów, tym razem zaprezentował nowy serial animowany Matta Groeninga. Twórca „Simpsonów” i „Futuramy” nie sprostał wysokim wymaganiom.

Wszystko jest kwestią zawieszenia poprzeczki na odpowiednim poziomie. Można zakładać, że w przypadku Groeninga zawisła bardzo wysoko. Ale nawet jeśli odsuniemy na bok oczekiwania i ocenimy „Rozczarowanych” bez żadnych wstępnych założeń, trzeba przyznać, że serial zasługuje na miano ledwie sympatycznego.

Tak mdła i niewiele mówiąca ocena doskonale obrazuje uczucia towarzyszące seansowi. Ogólnie jest przyjemnie, bo sporo się dzieje, aktorzy głosowi są bardzo dobrzy (zwłaszcza John DiMaggio jako król Zog i Eric Andre jako demon), można się zaśmiać raz czy dwa. Ale nie sposób się wciągnąć, bo jakiejś większej historii tu po prostu nie ma. Nastoletnia księżniczka Bean, która umie wypić i tyłki kopać, buntuje się przeciwko ojcowi tyranowi, który traktuje ją w bardzo średniowieczny sposób – jako swoją własność, którą może przehandlować za dobry układ z innym królestwem. Dziewczynie nieustannie towarzyszą demon, przez wielu brany za gadającego kota, oraz elf Elfo, beznadziejnie w Bean zakochany, a przy tym beznadziejnie głupi i naiwny. To, co zaczęło się od odrobiny akcji (ucieczka sprzed ołtarza i wyprawa poza królestwo ojca), szybko zrobiło w tył zwrot ku domowi dziewczyny – i tam utkwiło.

W zasadzie najlepiej wychodziły Groeningowi odwołania do średniowiecza – to smaczki. Mowa o elementach tła czy przypadkowych uwagach trzecioplanowych postaci, dzięki którym „Rozczarowanych” w ogóle można określić mianem komedii.Jak się odejmie wątek „nasza rzeczywistość vs. niegdysiejsze realia”, pozostanie absurdalna opowieść o księżniczce, która bardzo się nudzi i bardzo lubi rozrabiać na złość ojcu, i wreszcie o ojcu, który wie tylko, jak krzyczeć, i dziwi się, że nie potrafił zaszczepić w córce szacunku do siebie. Okazjonalnie pojawiają się potwory i wikingowie.

Najbliższą „Rozczarowanym” produkcją, z którą można ich porównywać, jest „Galavant” od ABC – zakończone po dwóch sezonach komediowe musical fantasy. Wiele tam z tego, co Groening robi w swojej animacji, łącznie z opowieścią o buntującej się księżniczce. A prócz tego kilka wpadających w ucho piosenek i dużo więcej udanych żartów (przynajmniej w pierwszym sezonie).

Zamiast wielkiego przeboju i równowagi dla „Futuramy”, która rozgrywała się w scenerii science fiction („Rozczarowani” to fantasy), otrzymujemy serial dobry jako wypełniacz. Coś, co można obejrzeć, ale czym trudno się zachwycać. Przeciętniak.

W Polsce „Rozczarowanych” można oglądać na Netflixie.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php